Wśród zaległości już mam metryczkę dla mojego wnusia, ale nie poddaję się, mam nadzieję skończyć ją na Mikołaja, bo wolno, ale wciąż jej przybywa. Priorytetową w tym momencie sprawą stały się te nieszczęsne tulipany na czarnej kanwie. Idzie mi coraz lepiej. Moja metoda, to lampka świecąca bezpośrednio na ręce i gruba tępa igła ( wspaniale się nią odnajduje dziurki w kanwie ) Zamieszczam dwa zdjęcia ,to drugie bardziej realne w kolorach.
No i muszę się teraz do czegoś przyznać.
Do tej pory obserwowałam na innych blogach słoiczki z niteczkami i nie bardzo rozumiałam o co chodzi. Zastanawiałam się na co komu takie śmieciuszki. No i mnie olśniło, kiedy sobie haftowałam w łóżku i zaczęłam gromadzić moje kawałki w pudełeczku, żeby nie śmiecić dookoła, zrozumiałam ,że te słoiczki, to właśnie TO :-) Do tej pory zwyczajnie niteczki albo mieszałam z mulinkami ,albo wyrzucałam ,albo spadały mi na podłogę i zamiatałam je.....
No i okazało się przy okazji, że w miarę jak niteczek przybywa, w pudełeczku robi się kolorowo...podobało mi się to coraz bardziej. Po pierwsze haftu przybywa, niteczek coraz więcej, więc to też daje obraz mojej wydajności w pracy, jest OK. No i finał- znalazłam ładny słoiczek i wzięło mnie na całego .....Obiecuję ,że w kolejnej odsłonie postaram się mój TUSALOWY słoiczek zaprezentować już w odpowiedniej oprawie ( ozdobię go jakoś ładnie ) No i mam nadzieję ,że do końca roku zapełni się kolorowo, "na ciasno" :-)